Marek Pospieszalski „Marek Pospieszalski gra piosenki, które śpiewał Frank Sinatra”

Private edition, 2017

Sinatra? Błe. Ale to straszne starocie i pewnie nudy straszne. No, więc Szanowni Słuchacze problem, nie w tym, co się gra, ale jak się gra. Kwartet Marka Pospieszalskiego (oczywiście „z tych Pospieszalskich”, żeby nie było wątpliwości), wziął na warsztat osiem naprawdę dużych i łatwo rozpoznawanych przebojów Franka Sinatry.

Obok grającego na tenorze lidera, znajdziemy w składzie zespołu basistę Maxa Muchę oraz dwóch młodych berlińczyków, o których – w co nie wątpię – nieraz jeszcze usłyszymy: pianistę Eliasa Stemesedera i perkusistę Maxa Andrzejewskiego.  Efekt ich starań już od pierwszych chwil przywołuje na usta, wyrażające w tym przypadku bezbrzeżny zachwyt, słynne powiedzenie Adasia Miauczyńskiego z „Dnia Świra” (to z kobietą lekkich obyczajów, Synem Bożym i wulgarnie określoną czynnością seksualną).    

Należę do osób, które miały już wcześniej okazję usłyszeć koncertowe wykonania fragmentów tego programu. Tak, więc zaskoczenie przy „lekturze” albumu nie było tak wielkie. Jednak pomimo to zdarzało się, że z wrażenia opadała mi szczęka, spadały kapcie, a sam wpadałem w nerwowy chichot zwiastujący niedowierzanie pomieszane z entuzjazmem. Lubię Sinatrę i czasem słucham jego klasycznych wykonań. Lubię jednak także takie wersje klasyków, które niekoniecznie sprowadzają się do prostego odegrania wybranych melodii. Takie, które zaskakują. Takie, w których znajome nuty interpretowanego tematu są czasem głęboko ukryte i dają słuchaczowi radość ich szukania. To jest właśnie ten przypadek.

Pospieszalski idzie swoją drogą odczytywania Sinatry już od krótkiej, zagranej solo wersji „My Way”, która zaczyna album. Potem zachwyca „I Think Of You” zaczynający się długim duetem saksofonu i fortepianu, z solem perkusji, która przejmuje utwór w swoje władanie na końcowe dwie minuty. „I’ve Got You Under My Skin” w osiemdziesięciu procentach znów zagrane bardzo swobodnie, na ostatnią minutę wybucha kapitalnym, klasycznym swingiem. „That’s Life” bawi lekko pastiszowymi fragmentami i szalonymi improwizacjami. Kończące płytę „One for My Baby (and One More for the Road)” i „Ol’ Man River” to ballady, bo na płycie z Sinatrą, ballad zabraknąć nie mogło, ale zagrane z lekko free-jazzowym sznytem, a finał tej drugiej tylko umacnia słuchacz w stwierdzeniu „ja chcę jeszcze raz!”.                             

Ta płyta będzie wysoko w rocznych podsumowaniach krajowego jazzu. Jestem tego pewien już dziś. Jest wiele aspektów, za które można album Marka Pospieszalskiego wyróżnić. Czy są jakieś wady? Odpowiem żartobliwie: tak, jest za krótko. Wrócę jeszcze do wspomnianych wcześniej swoich koncertowych doświadczeń. Wiem, że zespół ma przygotowany materiał także na drugą płytę, z autorskimi kompozycjami. Tak więc, jedyne czego żałuję, to że nie mogę już teraz skonfrontować studyjnych wersji obu programów. Takie dwupłytowe wydawnictwo dopiero było by gratką. Mam jednak nadzieję, że po sukcesie płyty z piosenkami Franka Sinatry – a nie wyobrażam sobie, żeby ten album nie odniósł sukcesu – szybko będziemy mogli kontentować się kolejnymi nagraniami kwartetu. Na razie cieszmy się tym, jak Marek Pospieszalski (i jego zespół) grają piosenki, które śpiewał Frank Sinatra.

Premierowa publikacja http:// http://polish-jazz.blogspot.com/2017/04/marek-pospieszalski-marek-pospieszalski.html

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s